Kiedy mówię ludziom, że z własnej
woli wstaję skoro świt i rozpoczynam dzień około godziny siódmej rano, pukają
się w czoło z uśmiechem na twarzy. A ja uważam, że warto, nie tylko dla
przyjemności niespiesznego wypicia zielonej herbaty w ciepłym szlafroczku, ale
też ze względu na to, że… kto rano wstaje, ten jedzie po taniości Polskim Busem
do Berlina.
Zrobiłyśmy sobie z moją dziką
siostrą długi majowy weekend w mieście, które przez wielu nazywane jest
europejską stolicą wegetarianizmu i weganizmu. Określić siebie wagabundą jeszcze
nie mogę (chociaż przyznaję, że do tego miana aspiruję i pewne plany w tym
kierunku już poczyniłam), ale z ręką na sercu przyznaję, że każdy weganin w
niemieckiej stolicy może się poczuć, jak u siebie w domu.
Zacznijmy od tego, że właściwie w
każdej kawiarni i miejscu, gdzie kawy możesz się napić, masz alternatywę w
postaci mleka sojowego. Nawet w Krakowie, w którym mam przyjemność mieszkać
(jeszcze), gdzie knajpa goni knajpę, wege opcję dla mleka od krowy znajdziesz tylko
w kilkunastu miejscach. W Berlinie możesz się spokojnie umówić z kimkolwiek
gdziekolwiek i będziesz mieć pewność, że nie czeka na ciebie tylko spotkanie
przy herbacie.
Poza tym w zasadzie na każdym
kroku znajduje się lokal albo typowo wegetariański/ wegański, albo taki, w
którym wyraźnie, dużymi literami wyszczególnione zostało menu dla
roślinożerców.
To, co szczególnie spodobało się
nam jeśli chodzi o kwestie kulinarne w Berlinie, to mnogość małych knajpek z
kuchnią z całego świata, gdzie po pierwsze znalazłyśmy całą masę potraw o
egzotycznie brzmiących nazwach (jak tamiya czy mjahar), a po drugie przyjemną,
domową atmosferę. W lokalu Habibi-Habibi (czyli Kochanie-Kochanie) z kuchnią
libańską, zjadłyśmy we dwie wielki talerz pełen przeróżnych wegańskich
kotlecików, zawijańców i pulpetów, do których podane zostały warzywa maści i
formy wszelakiej, oraz do wyboru, do koloru puree, sosy, hummus oraz inne
niezidentyfikowane pasty. Najmocniejszym uczuciem obdarzyłyśmy jednak maleńką
restauracyjkę u pewnego Sudańczyka, który zrobił nam sandwiche ze smażonym
tofu, warzywami i orzechowym sosem, które smakowały jak niebo.
Obowiązkową miejscówką dla
każdego roślinożercy jest oczywiście sklep z wyłącznie wegańskimi produktami – Veganz.
Na półkach można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie: od przeróżnych
słodyczy, czekolad, batonów, po bezmięsne parówki, kotlety, kiełbasy i inne
wariacje na temat. Ciekawe, kiedy Polska doczeka takiego wegańskiego raju. Biorąc
pod uwagę ceny artykułów, sądzę, że nieprędko… Popatrzeć i powąchać jednak
można za darmo i z radością uwieczniałam zachwyconą siostrę buszującą między
półkami sklepu, niczym dziecko w sklepie z zabawkami.
Po wyczerpujących zakupach można
udać się do kawiarni–restauracji Goodies,
mieszczącej się w tym samym lokalu. Zjadłam tam najsmaczniejszą wegańską
drożdżówkę cynamonową w życiu. Serio.
Oprócz tego, lody. Wegańskie lody
to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Wprawdzie ja po spróbowaniu tych o
smaku buraczkowym miałam ochotę wyczyścić sobie język pastą do zębów, ale moja
siostra twierdzi, że były boskie. Te o smaku mleka sojowego trochę mniej. Moje
– malina i zielona herbata, smakowały doskonale.
Najistotniejsze – pomijając sam
aspekt kulinarny, Berlin jest naprawdę niesamowitym miastem. Pod każdym
względem. Jest niespodziewanie zielony – większość osób, z którymi rozmawiałam
twierdziło, że Berlin to przecież tylko szare bloki i industrial, i po co tam
właściwie jechać. Tymczasem na każdym kroku można się tutaj natknąć na ogromny
park, przy czym każdy ma własną duszę. My miałyśmy okazję spędzić czas w
trzech, z czego jeden był właściwie całkiem sporym, gęstym lasem ze ścieżkami dla
uprawiających jogging i sporty wszelakie (Volkspark Rehberge), drugi wyglądał, jakby
odbywał się na nim festiwal muzyczny (Mauerpark), a trzeci jest królestwem
undergroundu, gdzie można było cieszyć oczy widokiem indywidualności modowych i
przeróżnych kolorowych person (Görlitzer Park).
Z jednej strony miasto ma w sobie
bardzo dużo uporządkowanej, prostej przestrzeni, z oszklonymi drapaczami chmur i
jasnymi, nowoczesnymi budynkami, a z drugiej, po przejechaniu kilku stacji
metra trafia się do artystycznej dzielnicy Kreuzberg, gdzie każda brama tonie w
rysunkach we wszystkich kolorach tęczy, a najbardziej znani streetartowi
artyści na świecie pozostawili po sobie ślady w postaci genialnych murali. Wolność
i swoboda pulsują z każdej strony i naprawdę bardzo łatwo poczuć się tam jak
ktoś, kto nie ma przed sobą żadnych ograniczeń.
No i na koniec oczywiście Mur
Berliński i jego spory kawałek, czyli East Side Gallery, która ma 1300 metrów i można na
niej znaleźć 106 obrazów artystów z całego świata.
P.S. Żeby zachęcić Was do
wczesnego wstawania jeszcze bardziej powiem tylko, że we wrześniu wracamy do
stolicy Deutschlandu za 23 złote w dwie strony. Niech żyje tanie podróżowanie!
Sandra















