czwartek, 15 maja 2014

Berlin Calling



Kiedy mówię ludziom, że z własnej woli wstaję skoro świt i rozpoczynam dzień około godziny siódmej rano, pukają się w czoło z uśmiechem na twarzy. A ja uważam, że warto, nie tylko dla przyjemności niespiesznego wypicia zielonej herbaty w ciepłym szlafroczku, ale też ze względu na to, że… kto rano wstaje, ten jedzie po taniości Polskim Busem do Berlina.

Zrobiłyśmy sobie z moją dziką siostrą długi majowy weekend w mieście, które przez wielu nazywane jest europejską stolicą wegetarianizmu i weganizmu. Określić siebie wagabundą jeszcze nie mogę (chociaż przyznaję, że do tego miana aspiruję i pewne plany w tym kierunku już poczyniłam), ale z ręką na sercu przyznaję, że każdy weganin w niemieckiej stolicy może się poczuć, jak u siebie w domu.

Zacznijmy od tego, że właściwie w każdej kawiarni i miejscu, gdzie kawy możesz się napić, masz alternatywę w postaci mleka sojowego. Nawet w Krakowie, w którym mam przyjemność mieszkać (jeszcze), gdzie knajpa goni knajpę, wege opcję dla mleka od krowy znajdziesz tylko w kilkunastu miejscach. W Berlinie możesz się spokojnie umówić z kimkolwiek gdziekolwiek i będziesz mieć pewność, że nie czeka na ciebie tylko spotkanie przy herbacie.

Poza tym w zasadzie na każdym kroku znajduje się lokal albo typowo wegetariański/ wegański, albo taki, w którym wyraźnie, dużymi literami wyszczególnione zostało menu dla roślinożerców. 

To, co szczególnie spodobało się nam jeśli chodzi o kwestie kulinarne w Berlinie, to mnogość małych knajpek z kuchnią z całego świata, gdzie po pierwsze znalazłyśmy całą masę potraw o egzotycznie brzmiących nazwach (jak tamiya czy mjahar), a po drugie przyjemną, domową atmosferę. W lokalu Habibi-Habibi (czyli Kochanie-Kochanie) z kuchnią libańską, zjadłyśmy we dwie wielki talerz pełen przeróżnych wegańskich kotlecików, zawijańców i pulpetów, do których podane zostały warzywa maści i formy wszelakiej, oraz do wyboru, do koloru puree, sosy, hummus oraz inne niezidentyfikowane pasty. Najmocniejszym uczuciem obdarzyłyśmy jednak maleńką restauracyjkę u pewnego Sudańczyka, który zrobił nam sandwiche ze smażonym tofu, warzywami i orzechowym sosem, które smakowały jak niebo.





Obowiązkową miejscówką dla każdego roślinożercy jest oczywiście sklep z wyłącznie wegańskimi produktami – Veganz. Na półkach można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie: od przeróżnych słodyczy, czekolad, batonów, po bezmięsne parówki, kotlety, kiełbasy i inne wariacje na temat. Ciekawe, kiedy Polska doczeka takiego wegańskiego raju. Biorąc pod uwagę ceny artykułów, sądzę, że nieprędko… Popatrzeć i powąchać jednak można za darmo i z radością uwieczniałam zachwyconą siostrę buszującą między półkami sklepu, niczym dziecko w sklepie z zabawkami.



Po wyczerpujących zakupach można udać się do kawiarni–restauracji Goodies, mieszczącej się w tym samym lokalu. Zjadłam tam najsmaczniejszą wegańską drożdżówkę cynamonową w życiu. Serio.



Oprócz tego, lody. Wegańskie lody to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Wprawdzie ja po spróbowaniu tych o smaku buraczkowym miałam ochotę wyczyścić sobie język pastą do zębów, ale moja siostra twierdzi, że były boskie. Te o smaku mleka sojowego trochę mniej. Moje – malina i zielona herbata, smakowały doskonale.



Najistotniejsze – pomijając sam aspekt kulinarny, Berlin jest naprawdę niesamowitym miastem. Pod każdym względem. Jest niespodziewanie zielony – większość osób, z którymi rozmawiałam twierdziło, że Berlin to przecież tylko szare bloki i industrial, i po co tam właściwie jechać. Tymczasem na każdym kroku można się tutaj natknąć na ogromny park, przy czym każdy ma własną duszę. My miałyśmy okazję spędzić czas w trzech, z czego jeden był właściwie całkiem sporym, gęstym lasem ze ścieżkami dla uprawiających jogging i sporty wszelakie (Volkspark Rehberge), drugi wyglądał, jakby odbywał się na nim festiwal muzyczny (Mauerpark), a trzeci jest królestwem undergroundu, gdzie można było cieszyć oczy widokiem indywidualności modowych i przeróżnych kolorowych person (Görlitzer Park). 





Z jednej strony miasto ma w sobie bardzo dużo uporządkowanej, prostej przestrzeni, z oszklonymi drapaczami chmur i jasnymi, nowoczesnymi budynkami, a z drugiej, po przejechaniu kilku stacji metra trafia się do artystycznej dzielnicy Kreuzberg, gdzie każda brama tonie w rysunkach we wszystkich kolorach tęczy, a najbardziej znani streetartowi artyści na świecie pozostawili po sobie ślady w postaci genialnych murali. Wolność i swoboda pulsują z każdej strony i naprawdę bardzo łatwo poczuć się tam jak ktoś, kto nie ma przed sobą żadnych ograniczeń.





No i na koniec oczywiście Mur Berliński i jego spory kawałek, czyli East Side Gallery, która ma 1300 metrów i można na niej znaleźć 106 obrazów artystów z całego świata.


P.S. Żeby zachęcić Was do wczesnego wstawania jeszcze bardziej powiem tylko, że we wrześniu wracamy do stolicy Deutschlandu za 23 złote w dwie strony. Niech żyje tanie podróżowanie!

Sandra